- Spodziewamy się dalszego zwiększenia popytu na nieruchomości. Oprócz czynników strukturalnych (głód mieszkań), sprzyjać będzie mu dalszy wzrost dochodów rozporządzalnych (płac) gospodarstw domowych oraz niskie stopy procentowe – wskazują eksperci mBanku. – Środowisko niskich stóp procentowych oraz wciąż relatywnie wysoka stopa zwrotu z wynajmu nieruchomości mieszkaniowych powodują, że należy się raczej spodziewać utrzymania popytu inwestycyjnego. 

Migracje

Za prognozowanym wzrostem cen mieszkań ma też stać zwiększona migracja obywateli Ukrainy do Polski po 2014 roku. Zwracają przy tym uwagę, że "liczbę migrantów z Ukrainy w Polsce w 2018 roku można szacować na ok. 860 tys., co oznacza, że w tym roku musiało zostać zaspokojone zapotrzebowanie na mieszkanie prawie 700 tys. migrantów więcej niż w 2014 roku", opisuje "Business Insider".

– Czy to dużo? Od 2014 roku w 6 największych miastach sprzedano 234 tysięcy nowych mieszkań (przeznaczonych na sprzedaż lub wynajem). Teoretycznie więc, zakładając średnio 3 osoby na mieszkanie (co w przypadku tzw. mieszkań pracowniczych na pewno jest dolną granicą szacunku), obywatele Ukrainy mogli wykupić całą sprzedaż mieszkań w największych 6-ciu miastach. To byłby jednak szacunek potwornie zawyżony - twierdzą eksperci mBanku.

"Z dostępnych danych MSWiA wynika, że w 2017 roku cudzoziemcy dokonali 4,8 tys. transakcji na rynku mieszkaniowym, a sami Ukraińcy kupili 70 tys. mkw. powierzchni mieszkalnej – to około 1-1,5 tys. mieszkań. Trudno zakładać istotny wpływ na rynek zakupów. Pozostaje rynek najmu, choć w tym wypadku zdecydowanie trudniej pokusić się o liczby". Źródło: "Business Insider"

- I choć problemem może być planowane na 2020 rok otwarcie niemieckiego rynku m.in. dla Ukraińców, co spowoduje odpływ ich części z Polski, można raczej zakładać wyhamowanie wzrostów cen najmu niż wpływ na ceny mieszkań. Nie uznajemy tego problemu za istotny z punktu widzenia rynku nieruchomości w Polsce – zastrzega też mBank.

Koszty

Nie bez znaczenia pozostaje też wzrost cen materiałów budowlanych, kosztów pracy, cen ziemi i niski poziom zapełnienia banków ziemi u deweloperów. – To wszystko powinno prowadzić do ograniczenia podaży przy danym poziomie cen - kwitują eksperci mBanku.