Hanna Gronkiewicz-Waltz na specjalnie zwołanej konferencji prasowej zastrzegła, że ratusz w sprawie terenu pod pomnik smoleński będzie działał na podstawie artykułu 215 ustawy o gospodarce nieruchomościami. Odszkodowanie - zgodnie z wyliczeniami - nie będzie wyższe niż 5 mln zł. Tymczasem pełnomocnik właściciela już zastrzegł, że jego klient oczekuje zacznie wyższej kwoty. Nie sprecyzował jednak jakiej. Zdaniem prezydent Warszawy, i tak mogłoby być gorzej. - Z innymi lokalizacjami pomnika byłby większy problem - zapewniała także Hanna Gronkiewicz-Waltz.

Reklama

Tajemnicą poliszynela jest, że na Krakowskim Przedmieściu i w jego okolicach, podobnie jak na innych stołecznych ulicach (np. ul. Poznańskiej czy Noakowskiego) niemal każda działka jest przedmiotem roszczeń - zgodnie z zapisami dekretu Bieruta. Chodzi o dokument z 1945 r., na podstawie którego właścicielom odebrano - tylko w Warszawie - 7 tys. 350 ha gruntów i 14,3 tys. budynków. Tłumaczono, że bez tego nie sposób byłoby odbudować miasta i jednocześnie zapewniano, że możliwy będzie zwrot nieruchomości. Tyle teoria. W praktyce było jak w dowcipie: gruntu nie zwracano, rekompensat nie wypłacano, a poza tym dekret był wykonywany. Efekt? Do dziś dawni właściciele i ich spadkobiercy dochodzą swoich praw (domagają się zwrotu nieruchomości lub zadośćuczynienia) lub, co znacznie częstsze, to inni próbują zrobić na tym interes życia. Sposobów zresztą nie brakuje, a i co chwilę pojawiają się nowe.

"Biznes na krzywdzie"

Jeszcze do niedawna brak jasnych reguł powodował, że mnożyli się kuratorzy ustanawiani przez sąd dla spadkobierców, których miejsce pobytu nie było znane. Mieli ochraniać ich interesy - z zasady, bo nierzadko w sytuacji, kiedy brakowało kompletu właścicieli, nieruchomość przejmowali sami. Było to tym łatwiejsze, że powoływano ich nawet w sytuacjach, kiedy było podejrzenie, że właściciel już dawno nie żyje lub - zgodnie z metryką - ma 130 lat.

Najczęściej jednak niejasne przepisy powodowały, że roszczenia prawowitych spadkobierców wykupywali - i to za grosze - biznesmeni i specjalistyczne firmy. Nieoficjalne szacunki mówią, że jest ich teraz w Warszawie około 100. Jedna z osób ma być w posiadaniu około 200 roszczeń! Niezależnie jednak od ich liczby, schemat działania zawsze jest ten sam. Najpierw przedstawia się konsekwencje roszczeń, przy okazji starając się zniechęcić do działania: po odzyskaniu kamienicy trzeba będzie wydać grube miliony na jej remont. Potem, jak w reklamie środków sprzedawanych bez recepty, proponuje się konkretne rozwiązanie na daną dolegliwość - w tym przypadku odkupienie roszczenia. Ale że kupiec sam będzie musiał zainwestować w remont, to stawki nie są wysokie - za działkę wartą np. kilka milionów złotych oferuje się ok. 5 tys. zł.

Proceder kwitnie w najlepsze, a jego skalę trudno oszacować. - Do dziś zgłaszają mieszkańcy "odzyskanych" czy zreprywatyzowanych kamienic, którzy są poszkodowani, którzy dociekają na własną rękę, i którzy bardzo często doszukują się rażących nieprawidłowości - mówi dziennik.pl Jan Popławski ze Stowarzyszenia Miasto jest Nasze. O praktykach biznesmenów i firm działających w tej branży mówi krótko: Hieny cmentarne. Biznes na krzywdzie. A nie zadośćuczynienie i przywracanie sprawiedliwości.

Przekleństwo Bieruta

Reklama

Zdaniem urzędników miejskich, handlarze stanowią około jednej trzeciej beneficjentów dekretu Bieruta. Ale może to być nawet 75 proc., według szacunków prawników zajmujących się sektorem nieruchomości. Ci ostatni chętnie - choć nieoficjalnie - wskazują konkretne osoby. I tak np. szeroko znana w branży jest historia Marka Mossakowskiego. Zrobiło się o nim głośno, kiedy wykupił roszczenia od restauratorów ze Starówki, po tym jak kibice Legii w 2002 roku zdemolowali im lokal. A że dostał odszkodowanie od klubu piłkarskiego, to poszedł za ciosem - skupuje kolejne roszczenia i odzyskuje kamienice razem z lokatorami. W tym celu założył nawet stowarzyszenie Poszkodowani, dla przedwojennych właścicieli warszawskich i ich spadkobierców.

Niewiele wiadomo z kolei o jednym z największych potentatów Macieju Marcinkowskim. Właściciel najbardziej prestiżowych działek, w tym tej obok kolumny Zygmunta, przy Krakowskim Przedmieściu (tam, gdzie stał pałac Karasia) i na placu Defilad pod Pałacem Kultury, od kilku lat z mediami w ogóle nie rozmawia - nam także odmówił.

Jak radzą sobie mniejsi gracze? Na bieżąco przeglądają urzędowe wykazy nieruchomości, wobec których toczą się postępowania reprywatyzacyjne, a następnie zlecają swoim pracownikom lub wyspecjalizowanym firmom wertowanie ksiąg wieczystych i specjalistyczne tłumaczenia, bo nierzadko rodziny spadkobierców mieszkają za granicą. Wynajmują też firmy detektywistyczne, proszą o pomoc placówki zagraniczne i dogłębnie przeczesują Internet. Trwać to może miesiącami, ale jak pokazuje praktyka, potem jest już łatwiej. Bo i ci, do których ostatecznie trafiają - zmęczeni długą walką - chętnie sprzedają im prawa do majątków. Poza tym dzięki sprawnym prawnikom, dużemu doświadczeniu i licznym kontaktom, kupcy mogą teraz przyspieszyć odzyskiwanie nieruchomości. O ile więc jedni czekają 20 lat i cisza, innym potrzeba jedynie kilkanaście tygodni.

Ale biznesmeni i wyspecjalizowane firmy przejmują w ten sposób nierzadko i po kilka, niekiedy nawet kilkadziesiąt sąsiadujących ze sobą działek. By sprzedać potem jeden duży plac, zarabiając na tym grube miliony. Ile dokładnie wpada im do kieszeni, to już najpilniej strzeżona tajemnica w branży. Nie trudno to sobie jednak wyobrazić - metr niezabudowanej działki w centrum to 10-20 tys. zł; a kamienica - od kilku do kilkudziesięciu milionów złotych.

Stołeczny ratusz podaje, że wysokość wypłacanych odszkodowań za nieruchomości dekretowe rośnie. W 2010 roku było to 43,9 mln zł, podczas gdy w 2013 roku odszkodowania zasądzone na rzecz właścicieli dały już 650 mln zł.