Od początku tego roku liczba oddawanych do użytku mieszkań spółdzielczych szybko rośnie: w kwietniu było ich 1270, czyli prawie dwa razy więcej niż w tym samym miesiącu 2011 roku. Co prawda w porównaniu z 17 tys., które wybudowali w tym czasie deweloperzy, to niewiele, ale przybywa spółdzielni, które zamawiają nowe projekty i występują o pozwolenia na budowę.

W Warszawie niektóre z nich zainwestowały po raz pierwszy od ponad 20 lat. Jedną z nich jest WSM „Na skraju”, która przy ul. Cynamonowej stawia budynek na 240 mieszkań. Budowa jest jeszcze na etapie dziury w ziemi, ale wszystkie lokale są już sprzedane. Trudno się dziwić, bo 6,9 tys. zł za metr kwadratowy w centrum Ursynowa, i to przy stacji metra, to cena bardzo atrakcyjna, zwłaszcza że w okolicy mieszkania od dewelopera o podobnym standardzie kosztują 8-10 tys. zł za metr.

Pierwszeństwo w zakupie mają członkowie spółdzielni i ich rodziny, ale część mieszkań sprzedaliśmy na wolnym rynku – mówi Marek Jaroszkiewicz, prezes „Na skraju”. I dodaje, że warunkiem zakupu była wpłata pierwszej raty w wysokości 10 proc. wartości mieszkania, a także wpis do spółdzielni. W sumie za 50-metrowe mieszkanie w „Cynamonowym domu” trzeba było zapłacić ok. 350 tys. zł.

Po raz pierwszy od lat do inwestycji mieszkaniowej szykuje się również warszawska spółdzielnia „Jary”, która na Ursynowie chce wybudować osiedle „Wiolinowy pasaż”. Budowa jeszcze się nawet nie rozpoczęła, ale do biura spółdzielni już dzwonią chętni. Firma nie skalkulowała jeszcze ceny, ale obiecuje zniżki dla członków spółdzielni, a cały zysk ze sprzedaży zobowiązała się przeznaczyć na remont i modernizację starych osiedli.

Według Jerzego Jankowskiego z Krajowej Rady Spółdzielni tak duży wysyp nowych inwestycji spółdzielczych to efekt uregulowania spraw własności spółdzielczych gruntów. Spółdzielnie mają wreszcie prawo do ziemi, więc mogą budować – wyjaśnia Jankowski.

Atutem tych terenów jest zwykle dobra lokalizacja, zwykle w centrach miast i w dzielnicach z dobrze rozwiniętą infrastrukturą. Tak jest np. w Poznaniu, gdzie nowe budynki stawia m.in. spółdzielnia „Winogrady”, biorąc za metr kwadratowy 5,9 tys. zł.

Jednak choć oferty spółdzielni są cenowo atrakcyjne, to eksperci radzą bardzo dokładnie czytać umowy. Większość spółdzielni zastrzega sobie bowiem, że ostateczna cena będzie znana dopiero po zakończeniu i rozliczeniu inwestycji.

Może się więc okazać, że klient będzie musiał dopłacić całkiem pokaźną kwotę – mówi prof. Henryk Cioch. I jest to zgodne z prawem, bo spółdzielnie nie muszą gwarantować niezmienności cen.

Klienci spółdzielni powinni się również liczyć z większym ryzykiem, bo te, budując mieszkania dla swoich członków, nie muszą zakładać rachunków powierniczych, na których pieniądze będą leżały do czasu zakończenia inwestycji. A to oznacza, że jeśli spółdzielnia zbankrutuje, pieniądze wpłacone na mieszkanie mogą przepaść.

PRAWO

Jak może budować spółdzielnia

Zgodnie z ustawą o spółdzielniach mieszkaniowych spółdzielnia ma status przedsiębiorcy, mimo iż jej działalność nie jest nastawiona na osiągnięcie zysku. Zadania:

● budowanie lub nabywanie budynków (w tym do remontu) w celu ustanowienia na rzecz członków odrębnej własności znajdujących się w tych budynkach lokali mieszkalnych lub lokali o innym przeznaczeniu, a także ułamkowego udziału we współwłasności w garażach wielostanowiskowych,

● budowanie lub nabywanie domów jednorodzinnych (w tym do remontu) w celu przeniesienia na rzecz członków własności tych domów,

● udzielanie pomocy członkom w budowie przez nich budynków mieszkalnych lub domów jednorodzinnych,

● budowanie lub nabywanie budynków w celu wynajmowania lub sprzedaży znajdujących się w tych budynkach lokali mieszkalnych lub lokali o innym przeznaczeniu,

● zarządzanie nieruchomościami stanowiącymi mienie spółdzielni lub nabytym na podstawie ustawy mieniem jej członków.