Stefania Chlebowska na początku tego roku skończyła 101 lat. Seniorka mieszkała w jednej z kamienic w centrum Poznania od 1959 r. Siedem lat temu kamienica zmieniła właściciela, a ten postanowił zburzyć budynek, by w jego miejsce postawić nowoczesny lokal z powierzchnią handlową i biurami. Aby zrealizować swoje cele zaczął naciskać na mieszkańców kamienicy. Pogarszał ich warunki mieszkaniowe m.in. wymontował drzwi i okna z opuszczonych mieszkań. Następnie wymontowane zostały drzwi do budynku, co nasiliło kradzieże.

Jak tłumaczyła PAP Hanna Chlebowska, córka pani Stefanii, klatka schodowa została ostemplowana drewnianymi balami tak, że kiedy po panią Stefanię przyjechało pogotowie, sanitariusze nie byli w stanie wynieść jej z mieszkania na noszach. Na koniec w budynku odcięty został gaz i prąd, rozrzucono też w nim śmieci. Lokatorzy dostali również informację o nakazie rozbiórki budynku, choć inspektorat nadzoru budowlanego takiej decyzji nie wydał. Pismo dotyczące rzekomej decyzji o nakazie rozbiórki jest właśnie przedmiotem pozwu, w którym właścicielowi zarzuca się próbę oszustwa. Oskarżony Josef L. nie przyznaje się do zarzucanego mu oszustwa.

W czwartek poznański sąd przesłuchał stulatkę.

- Ja czułam od początku, że on chce, po prostu – może przesadzę, jeżeli powiem - że chciał mnie zniszczyć, ale niszczył de facto, odczuwałam to bardzo dotkliwie. Straciłam radość życia, straciłam swobodę działania, straciłam wiarę w ludzi – mówiła pani Stefania.

Potwierdziła, że odebrała pismo, w którym nowy właściciel poinformował ją i jej córkę o rzekomym nakazie rozbiórki i wiążącym się z tym nakazem opuszczenia mieszkania. Wskazała, że datę tego pisma pamięta doskonale. Jak wskazała, "to było 26 maja, pamiętam, bo skojarzyło mi się z Dniem Matki. (…) On starał się każdego dnia, w każde święto niemile nas zaskoczyć; w niedzielę Wielkanocną, w Święta Bożego Narodzenia" – mówiła.

Stefania Chlebowska podkreślała w sądzie, że działania oskarżonego i jego wyjaśnienia "to wielkie kłamstwo, brutalność i cynizm".

- Mieszkanie miałam idealne, czyste, jasne, obszerne. Sama dbałam o klatkę schodową, były kwiaty, było czysto. Był jedynie grzyb i wilgoć na dole. Poza tym było idealnie – to nie była luksusowa kamienica, ale dom był idealny - mówiła.

Po wyjściu ze szpitala, seniorka nie wróciła już do mieszkania. Jak tłumaczyła, "bardzo chciałam wrócić, ale córka mi powiedziała, że to jest niemożliwe, bo nie ma wody, gazu. (…) jak można funkcjonować bez wody? Byłam zrozpaczona. Gdyby była woda i gaz to bym tam wróciła, bo tam był cały mój dobytek" – powiedziała.

W rozmowie z mediami pani Stefania podkreśliła, że kiedy mieszkała w tamtej kamienicy "czuła radość życia". - Pomieszczenia były duże, a jak było ciepło, to wychodziłam na balkon. Z balkonu widać było bzy, które sadził mój mąż – mówiła.

W czwartek sąd przesłuchał również córkę pani Stefanii – Hannę Chlebowską. Kobieta podkreśliła, że odkąd oskarżony kupił kamienicę, panie Chlebowskie były jedynymi lokatorkami.

- Po zakupie kamienicy, oskarżony nie przyszedł do nas, nie powiedział że ma plan rozbiórki kamienicy, i że chce żebyśmy opuściły lokal. Nie poinformował nas, że ma dla nas lokal zastępczy – podkreśliła. Dodała, że następnie skontaktował się z nią mężczyzna podający się za pełnomocnika oskarżonego. W trakcie spotkania miał mówić, że "oni nie mają w zwyczaju składać propozycji lokatorom, że mają takie doświadczenia, że wiedzą, że >ludzie się za flaszkę wyprowadzają<. Powiedziałyśmy, że jedyne czego oczekujemy, to respektowania ustawy o prawie lokatorów i mieszkania o podobnym standardzie" - tłumaczyła.

Po tym spotkaniu, jak wskazała Hanna Chlebowska, "zaczęły się dziać straszne rzeczy". Jak tłumaczyła, zaczęły się w budynku głośne odwierty, pewnego dnia pojawiły się słupy, bale na klatce schodowej, umożliwiające swobodne poruszanie się po budynku. - W mojej opinii chodziło o zastraszenie nas, zwłaszcza mamy, żeby poczuła się jak w więzieniu i żeby nie mogła wyjść z mieszkania – mówiła.

Jak wspomniała, pewnego dnia pani Stefania widząc, co się w kamienicy dzieje, że nie może wyjść z mieszkania, "źle się poczuła, lekarz stwierdził stan przedzawałowy". Pogotowie, które zostało wezwane, nie mogło wynieść starszej pani z mieszkania na noszach.

- Oskarżony złożył nam jedną propozycję mieszkaniową, przy ul. Mostowej. W oglądaniu mieszkania uczestniczyli nasi dwaj koledzy, bo już wtedy przeczuwaliśmy, że coś może się wydarzyć (...) mieszkanie było żałosne, na wysokim piętrze, z kręconymi schodami, takimi, że mama by tam nie weszła. Były dwa pomieszczenia, z których oba były pokojami. Nie było tam kuchni, jedynie łazienka. I były piece opalane węglem – mówiła.

- Mieszkanie było dużo mniejsze, brudne, do remontu. Po obejrzeniu tego lokalu, poprosiliśmy o pokazanie nam pozostałych dwóch mieszkań, bo w piśmie od oskarżonego była mowa o trzech. Odpowiedział, że nie ma takiej możliwości. Że jest tylko to jedno (...) w pewnym momencie coś takiego padło, że "jak nam się nie podoba, to dostaniemy nakaz administracyjny i wylecimy w ciągu tygodnia" - dodała.

Hanna Chlebowska wskazała, że kiedy "przyszły pisma o nakazie rozbiórki, to się bardzo zdenerwowałyśmy, bo jak człowiek widzi takie pismo, to bierze to za prawdę. W głowach nam się nie mieściło, że ktoś tak może oszukiwać. Napisałam więc do inspektoratu, (...) dopiero po jakimś czasie inspektor przysłał pismo, że nie została wydana taka decyzja. A już w międzyczasie oskarżony odcinał media; najpierw gaz, potem wodę" – dodała.

Pytana przez sąd w jakim stanie była kamienica, kiedy kupił ją oskarżony, odpowiedziała, że "kamienica przed zakupem przez oskarżonego zupełnie dobrze funkcjonowała". - Kilka lat wcześniej dach był całkowicie wyremontowany, rok wcześniej wymieniona została instalacja gazowa. Jedynym mankamentem był grzyb i wilgoć na dole, na klatce schodowej (...) fikcja walenia się kamienicy była tworzona przez oskarżonego cały czas – mówiła.

Pytana, czy oskarżony mógł nie rozumieć, nie znać języka polskiego, odpowiedziała: "nic nie wskazywało, że nie rozumie języka polskiego, albo gramatyki polskiej. Przeklinał prawidłowo". Dodała, że w trakcie spotkań nigdy nie korzystał on z pomocy tłumacza, a w trakcie negocjacji u adwokata "rozmawiał normalnie, rozumiał wszystko".

Kolejna rozprawa odbędzie się w przyszłym tygodniu.