Cimoszewicz użytkował leśniczówkę – znajduje się w Puszczy Białowieskiej – kilkadziesiąt lat. W tym czasie "bez jakiejkolwiek zgody postawił na działce garaże samochodowe i zbiornik na płynny gaz LNG".

Jak podaje "Gazeta Polska" miał też – wyprowadzając się – zabrać z niej nie tylko piec, ale też np. gniazdka, instalację elektryczną, drzwi i parapety, a także boazerię.

"To, co zrobiono, to totalna demolka. Widać to po ganku, który wycięto, aby wynieść część większych rzeczy. Zapiekłość była tak wielka, że zerwano nawet elewację z budynku gospodarczego" – można przeczytać.

Były premier odniósł się do tych informacji. - Po 18 latach najmu i niestającego remontu, uzgodniłem w ubiegłym roku warunki zwrotu leśniczówki (Lasom Państwowym – red.) i rozliczenia moich nakładów – powiedział w rozmowie z "Rzeczpospolitą".

Dodał, że usunął z niej wszystko, czego nie chciało nadleśnictwo.

- Rzeczoznawca z NOT wycenił wartość pozostawianych inwestycji na ponad 130 tys. zł. Nadleśnictwo zwróciło mi 50 tys. Tak więc, odwrotnie niż w Radiu Erywań, nie ukradli, ale dali. Cała reszta tekstu jest równie zgodna z prawdą – podsumował były premier.