Dziennik Gazeta Prawana logo

Fortuna na czyszczeniu kamienic. "Dokumenty pokazują, że wystarczyło się pozbyć lokatorów"

15 kwietnia 2018, 11:33
Ten tekst przeczytasz w 13 minut
Kamienice w Warszawie
Kamienice w Warszawie/Shutterstock
Jeśli ktoś kupił kamienicę wartą 2 mln zł i wyrugował z niej lokatorów, to kamienica ta była warta już 4 mln zł. I to wszystko nawet bez stuknięcia młotkiem.

Ile można było zarobić na wyrzucaniu ludzi z domów? Jakie sposoby były najskuteczniejsze? Czy naprawdę zamurowywano lokatorom wejścia do mieszkań? Wyjaśni to w najbliższych miesiącach komisja weryfikacyjna ds. reprywatyzacji. A my wiemy już teraz. Dotarliśmy do dokumentów, które pokazują, jak bardzo opłacalnym biznesem było pozbywanie się lokatorów. Wynika z nich, że ktoś, kto nabył nieruchomość z "ludzką wkładką", pozbył się jej i kamienicę sprzedał, miał stuprocentowy zysk. I to dosłownie.

– zapewnia Sebastian Kaleta, wiceprzewodniczący komisji weryfikacyjnej.

Handel żywym towarem

Kamienica przy ul. Nabielaka 9 w Warszawie. Skromny trzypiętrowy budynek, w którym znajdowało się raptem 19 mieszkań. W 2006 r. w wątpliwych okolicznościach jego właścicielem staje się Marek M. Jak mówi mi Robert Kropiwnicki, członek komisji weryfikacyjnej z ramienia PO, najbardziej bezwzględna wobec lokatorów osoba w Warszawie. Marek M. nie ukrywa, że chce się pozbyć lokatorów. W większości mu się to udaje – dość szybko się wyprowadzają. Jedna mieszkanka mówi, że się nie wyprowadzi. To znana działaczka ruchu lokatorskiego Jolanta Brzeska. Została znaleziona w 2011 r. spalona żywcem. Sprawa do dziś jest niewyjaśniona.

Dokument, do którego dotarliśmy, to operat szacunkowy nieruchomości przy ul. Nabielaka 9 sporządzony przez niezależnego rzeczoznawcę Annę Borzewską-Racką. Długi i wydawałoby się, że nudny dokument. Ale skrywa w sobie odpowiedź na pytanie, dlaczego Marek M. był tak bezwzględny dla lokatorów. I dlaczego podobny model działania stosowali inni.

"Szacunkowa wartość udziału 0,5450 w prawie użytkowania wieczystego nieruchomości przy ul. Nabielaka 9 w Warszawie (...) w oparciu o obrót udziałami w nieruchomości zabudowanych kamienicami (jako przedmiotu prawa użytkowania wieczystego gruntu i własności budynku), w których lokale zajęte są przez lokatorów komunalnych z umowami najmu na czas nieokreślony, wg stanu na dzień 20 kwietnia 2006 r. i cen na datę sporządzenia operatu szacunkowego, wynosi 1 700 400 zł" – czytamy w dokumencie.

A dalej: "Szacunkowa wartość udziału 0,5450 w prawie użytkowania wieczystego nieruchomości przy ul. Nabielaka 9 w Warszawie (...) w oparciu o obrót lokalami (jako odrębnej własności lokalu z udziałem w prawie użytkowania wieczystego gruntu), wg stanu na dzień 20 kwietnia 2006 r. i cen na datę sporządzenia operatu szacunkowego, wynosi 3 657 140 zł".

Co to oznacza? Ano tyle, że Marek M., przejmując kamienicę z "ludzką wkładką", przejmował nieruchomość wartą 1,7 mln zł. Ta sama nieruchomość przy ul. Nabielaka 9, ale bez lokatorów, była warta ponad 3,6 mln zł.

– spostrzega Sebastian Kaleta. I dodaje, że zasada ujęta w operacie szacunkowym jest uniwersalna. Jeśli ktoś np. zapłacił 15 mln zł za daną nieruchomość, to bez przeprowadzania żadnych remontów, a jedynie pozbywając się lokatorów, mógł sprzedać kamienicę za 30 mln zł.

W praktyce więc – jak to określiła podczas przesłuchania przed komisją weryfikacyjną córka Jolanty Brzeskiej – dochodziło do handlu żywym towarem. Tyle że chodziło o to, by tego towaru nie mieć u siebie na stanie. Lokator komunalny, płacący niewielki czynsz, to z ekonomicznego punktu widzenia jedynie obciążenie.

– komentuje Jan Śpiewak, stołeczny aktywista związany ze stowarzyszeniem Wolne Miasto Warszawa, autor książki o reprywatyzacji "Ukradzione miasto". Jego zdaniem całą sytuację można przyrównać do zakupu u pasera.

– wskazuje Śpiewak.

W operacie szacunkowym dla nieruchomości przy ul. Nabielaka 9 czytamy, że "tego typu nieruchomości [z lokatorami komunalnymi – red.] lub udziały w nich (z obciążeniami umowami najmu na czas nieoznaczony) osiągają ceny jednostkowe za 1 mkw. powierzchni użytkowej lokali na poziomie ok. 45–60 proc. cen lokali stanowiących przedmiot odrębnej własności".

– mówi mi jeden z rzeczoznawców majątkowych, który współpracował przez kilka lat ze stołecznym magistratem.

Potwierdzają to zresztą ustalenia "Faktu". Dziennikarze gazety Mikołaj Wójcik i Dariusz Grzędziński ujawnili, że już w 2007 r. wiceprezydent miasta Andrzej Jakubiak miał na swoim biurku notatkę wysłaną przez burmistrza jednej z dzielnic, że Marek M. planuje przeprowadzić wyczyszczenie kamienicy przy ul. Dahlberga 5. "Reprywatyzator" wcale tego nie ukrywał, a wręcz się tym chwalił przed lokalnymi urzędnikami. W kilka miesięcy później odciął lokatorom media, drastycznie podniósł stawki czynszu i zaczął ich straszyć, że jeśli się nie wyprowadzą, to stanie im się krzywda. Miasto jednak nie zainterweniowało. Sprawą zainteresowało się dopiero w najlepsze po wybuchu afery reprywatyzacyjnej, czyli w 2016 r.

– wzdycha Sebastian Kaleta.

Białe rękawiczki

Marek M. działał metodą chałupniczą. Zarabiał przede wszystkim na pozyskiwaniu roszczeń spadkobierców (lub rzekomych spadkobierców) za grosze.

Zupełnie inny model działania miała znienawidzona przez warszawskich lokatorów Fenix Group. To firma, która nabywała nieruchomości (często z lokatorami), odrestaurowywała je, by następnie sprzedawać w niej apartamenty. Na swojej stronie chwali się inwestycjami w kamienicy przy ul. Gagarina 33, Jagiellońskiej 22, Targowej 21, tzw. Nowej Targowej, Okrzei 26, Koszykowej 49A, Kopernika 15, Hożej 15, Poznańskiej 16, Kępnej 15, Górnośląskiej 7a, Tamce 45, Wilczej 14B, Targowej 43 oraz Pomorskiej 21 w Łodzi i Ruskiej 41 we Wrocławiu. I wreszcie słynną kamienicą przy ul. Noakowskiego 16, gdzie znajduje się siedziba Fenixa, a która to kamienica została zreprywatyzowana w niezgodnych z prawem okolicznościach.

Ile zarobił na tym biznesie Fenix? Nie wiemy. Ale możemy policzyć, ile mógł zarobić na jednej kamienicy. Weźmy za przykład właśnie Noakowskiego 16. Spółka kupiła kamienicę (z lokatorami) za 16 mln zł. Przeprowadziła w niej gruntowaną renowację, która kosztowała – jak zapewniały władze Fenixa – kolejnych 25 mln zł. Dzięki temu nieruchomość przeistoczyła się ze zniszczonej rudery w piękną, stylowo urządzoną kamienicę. Gdzie aby kupić lokal, trzeba było wydać ok. 15 tys. zł za mkw. A w niektórych mieszkaniach nawet ponad 20 tys. zł za mkw. Przyjmijmy jednak uśrednioną stawkę sprzedaży przez Fenixa – 15 tys. zł za mkw.

Łącznie przy Noakowskiego 16 znajdowało się 58 lokali mieszkalnych oraz 9 lokali użytkowych. Ich łączna powierzchnia wynosiła (i, jeśli nie było kolejnych przebudów, dalej wynosi) 5793 mkw. Jeśli pomnożymy to przez 15 tys. zł za metr, daje nam to kwotę blisko 87 mln zł. Fenix więc – przy założeniu sprzedaży wszystkich lokali – mógł zarobić na czysto ponad 45 mln zł. Tylko na jednej kamienicy. Spytałem firmę o to, czy tak się rzeczywiście stało. Prezes spółki zapewniał przecież niedawno, że nie ma nic do ukrycia. Odpowiedzi jednak nie dostałem.

Szacunkowe obliczenie jednak jest poprawne wyłącznie pod jednym warunkiem: że Fenix, który przejął kamienicę z lokatorami, mógł sprzedać wszystkie mieszkania. Jeśli któryś z lokatorów za wszelką cenę chciał zostać, to firma nie mogła lokalu za astronomiczną kwotę sprzedać. Fenixowi więc z czysto biznesowego punktu widzenia musiało zależeć na tym, by ludzie, którzy przez wiele lat mieszkali przy ul. Noakowskiego 16, się wyprowadzili. Przyznał to zresztą w przeprowadzonej w grudniu 2016 r. rozmowie ze mną Andrzej Kawalec, założyciel firmy Fenix Group, ("To ja jestem ofiarą reprywatyzacji", Magazyn DGP nr 233/2016). Na moje stwierdzenie, że dla firmy lepiej, by lokatorów zostało jak najmniej, bo "przy sprzedaży lokali liczycie sobie nawet powyżej 20 tys. zł za metr. Każdy dawny lokator, który zostanie, to strata", Kawalec odpowiedział: "Średnie ceny naszych lokali są dużo niższe. Ale nie patrzymy na to w kategoriach strat. Choć szacujemy oczywiście, ilu lokatorów zostaje i ilu mieszkań nie sprzedamy. Jest to od 10 do 15 proc.".

I na kolejne spostrzeżenie, że większość lokatorów opuszczała zajmowane często przez dziesięciolecia lokale, a Fenixowi jest to na rękę, założyciel spółki stwierdził: "Nie zgadzam się na takie stawianie sprawy. Ponadto do prowadzenia polityki mieszkaniowej w taki sposób, by zapewnić godziwe warunki życia, zobowiązane jest miasto i osobiście chętnie na ten cel płacę podatki. To całkowita spychologia, gdy na nas przerzuca się odpowiedzialność za los tych ludzi zwracanych razem z budynkami, o których wiadomo, że muszą być opróżnione przed ciężkim remontem. Wiadomo, że taka sytuacja będzie wywoływać dużo złych emocji".

Pozbyć się "ludzkiej wkładki"

Jak to się stało, że ludzie, którzy przez wiele lat mieszkali w danym budynku, nagle się z niego wyprowadzali? Jakim cudem Jolanta Brzeska jako jedna z zaledwie kilku osób pozostała w zarządzonej przez Marka M. kamienicy przy ul. Nabielaka 9? Mówiąc krótko – jak wyglądał proceder czyszczenia kamienic?

– twierdzi Robert Kropiwnicki.

Standardem czyścicieli kamienic było odcinanie mediów. Lokatorzy w dopiero co zreprywatyzowanych kamienicach musieli miesiącami żyć bez prądu, gazu czy wody. Marek M. i kilku innych kamieniczników odcinali media bez powodu. Fenix Group też to robiło, ale w związku z przeprowadzanymi remontami.

"Nie jesteśmy żadnymi czyścicielami kamienic, lecz zajmujemy się ich renowacją. Czy to się wiąże z tym, że czasem lokatorzy muszą opuścić mieszkanie i iść do lokalu socjalnego lub zastępczego? Tak. Czy czasem na kilka dni trzeba odciąć gaz? Tak, czasem trzeba. Czy bywa głośno przez wiele godzin z powodu prac budowlanych? Tak, bywa głośno. Ale jeśli ktoś opuszcza lokal, to tylko dlatego, że wymagają tego prace remontowe. Dzieje się tak dla bezpieczeństwa tych ludzi. Trzeba pamiętać, że budynki przejmujemy w stanie agonalnym. Jeśli instalacja gazowa w zrujnowanym, bo zaniedbywanym przez dziesięciolecia budynku jest niesprawna – wymieniamy ją, co wiąże się z odcięciem dopływu na pewien czas. Tyle że robimy to dla bezpieczeństwa, a nie by kogokolwiek się pozbyć. Mamy zresztą wszystkie wymagane prawem zgody" – tłumaczył w rozmowie Andrzej Kawalec.

– kwituje poseł Kropiwnicki.

Kolejna metoda: drastyczne podwyżki czynszów. To był najskuteczniejszy sposób pozbywania się lokatorów z kamienic. Wpadali oni w długi, przez co gdy tylko pojawiała się możliwość przeniesienia się do lokalu socjalnego gwarantowanego przez miasto, wielu z niej korzystało.

Ale i tu pozbywanie się lokatorów miało różne oblicza. Część "reprywatyzatorów" narzucała ludziom stawki z kosmosu pokroju 50 zł czynszu za metr kwadratowy. Natomiast Fenix Group trzymała się ustawowych limitów, co i tak dla ludzi było zbyt dużym obciążeniem, gdy w zasadzie z dnia na dzień mieli zacząć płacić zamiast 3 zł – 15 zł od metra.

Była jednak też ta ciemniejsza strona czyszczenia "ludzkiej wkładki". – – wylicza Jan Śpiewak.

– dodaje Robert Kropiwnicki.

Jednak i w stolicy zdarzały się nawet przypadki pobić lokatorów w związku z tym, że nie chcieli opuścić budynków. – zaznacza Sebastian Kaleta.

Marcin Bajko, były dyrektor Biura Gospodarki Nieruchomościami, oraz jego zastępca Jerzy Mrygoń jednak te zarzuty odrzucają. W książce "Reprywatyzacja warszawska. Byli urzędnicy przerywają milczenie" tłumaczą, że miasto mogło jedynie zapewnić szykanowanym osobom lokale socjalne. Samo czyszczenie kamienic było już sprawą dla policji i prokuratury, które jednak działały opieszale.

"Byłem urzędnikiem. Coś mogło mi się nie podobać tak czysto po ludzku, ale to nie zmieniało faktu, że w wielu wypadkach miałem związane ręce. Jeśli ktoś by do mnie przyszedł i powiedział, że nowy właściciel wybija mu okna, to co miałem zrobić? Cofnąć wydaną decyzję zwrotową? To była sprawa dla policji i prokuratury. Namawiałbym go więc, by złożył zawiadomienie o popełnieniu przestępstwa przez nowego właściciela. Tyle że wielu osobom łatwiej przyjść do urzędu i liczyć na to, że urzędnik rozwiąże ich problem w magiczny sposób. A magia niestety sprawdza się przede wszystkim w baśniach i filmach" – tłumaczył Jerzy Mrygoń.

Patologiczny system

Komisja weryfikacyjna w najbliższych miesiącach wiele uwagi poświęci właśnie aspektom ekonomicznym czyszczenia kamienic.

– tłumaczy Sebastian Kaleta. I dodaje, że aby tak się stało, należy dokładnie policzyć, ile kto zarobił na reprywatyzacji i mu to, jeśli tylko zarobek był oparty na działaniach niezgodnych z prawem, odebrać.

W tym celu znowelizowana została ustawa o komisji reprywatyzacyjnej. Specorgan kierowany przez Patryka Jakiego może już nakładać na czyścicieli kamienic kary pieniężne w wysokości do 1 mln zł (kary będą mogły być nakładane za czyny popełnione w przeszłości). Może też zobowiązać tych, którzy korzystali z nielegalnie przeprowadzonej reprywatyzacji, do zwrotu odniesionych korzyści.

wskazuje wiceprzewodniczący komisji weryfikacyjnej.

Bo – jak przyznaje nawet znienawidzony przez lokatorów Marcin Bajko – krzywd odnieśli oni bez liku. System, w którym miasto wydawało (bo jak twierdzi Bajko – musiało wydawać) kamienice ludziom, którzy z kolei czerpali zysk na pozbywaniu się ich z domów wszelkimi możliwymi sposobami, był patologiczny.

konkluduje Bajko.

Copyright
Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone. Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję
Źródło Dziennik Gazeta Prawna
Zapisz się na newsletter
Świadczenia, emerytury, podatki, zmiany przepisów, newsy gospodarcze... To wszystko i wiele więcej znajdziesz w newsletterze Dziennik Radzi. Chcesz się dowiedzieć, kto może przejść na wcześniejszą emeryturę? A może jakie ulgi można odliczyć od podatku? Kto może otrzymać środki w ramach renty wdowiej? Zapisz się do naszego newslettera i bądź na bieżąco!

Zapisując się na newsletter wyrażasz zgodę na otrzymywanie treści reklam również podmiotów trzecich

Administratorem danych osobowych jest INFOR PL S.A. Dane są przetwarzane w celu wysyłki newslettera. Po więcej informacji kliknij tutaj