Jak dodał główny analityk HRE Investments, w nieco dłuższej perspektywie "mniejszy apetyt na ryzyko powinien jednak spowodować, że w mieszkaniówce kapitału nie zabraknie – szczególnie w obliczu potężnych programów stymulacji fiskalnej i monetarnej". Zaznaczył, że na skutek niechęci inwestorów do ryzyka kapitał powinien trafić na rynek nieruchomości mieszkaniowych.
- podkreślił Turek. Dodał, że możemy nawet mówić o spadku popytu o 40-90 proc.
Zaznaczył, że również w Polsce, ze względu na wprowadzone środki ostrożności, zarówno kupujących jak i sprzedających, jest na rynku mniej. Zgodnie z zaleceniami Polacy starają się nie wychodzić z domów. Dodatkowe środki ostrożności, jak podkreślił, widać też w kancelariach notarialnych (nie wszystkie działają w pełnym wymiarze godzin), urzędach zamkniętych dla petentów czy bankach, w których pracowników jest mniej niż zwykle. - zauważył.
Zdaniem eksperta nie ma się też co spodziewać całkowitego zahamowania sprzedaży mieszkań używanych. Zwrócił uwagę, że wiele transakcji jest w toku, a urzędy - choć często nie przyjmują normalnie interesantów - to działają dzięki systemowi ePUAP, notariusze prowadzą czynności z zachowaniem odpowiednich środków ostrożności, a banki w większości przypadków, utrzymują oferty hipoteczne w mocy. - wskazał.
Zastrzegł jednak, że na razie należy spodziewać się przesunięcia sporej części transakcji. - zaznaczył. Potwierdzają to, jak wskazał, np. dane na temat ruchu w internecie, które sugerują, że Polacy szukający dotychczas mieszkań, nie zmieniają swoich planów. - ocenił.
Według Turka w trakcie epidemii raczej nie ma co liczyć na poważne spadki cen mieszkań, na co wskazują przykłady z historii.- ocenił. Dodał, że tak dzieje się obecnie w Chinach. - wskazał. Z kolei np. w Hongkongu, gdzie w 2003 roku SARS doprowadził przez 4 miesiące do 299 zgonów, samej epidemii można przypisać jedynie 1,6 proc. spadku cen nieruchomości - dodał. Zwrócił uwagę, że mieszkania w blokach, co do których powszechnie wiadomo było, że mieszkały w nich osoby zarażone, straciły dodatkowo nie więcej niż 3 proc. wartości
Na naszym rynku trudno szukać podobnych analogii historycznych, bo w najnowszej historii nie zmagaliśmy się z tego rodzaju epidemią - przyznał. Można jedynie szukać momentów, w których niespodziewanie spadł popyt na mieszkania. Dał przykład 2009 roku, gdy banki na kilka miesięcy przestały udzielać kredytów. - przypomniał. Jednak nawet w tak skrajnych okolicznościach skutkiem nagłego zahamowania akcji kredytowej był spadek cen mieszkań zaledwie o kilka procent - podkreślił.
Ekspert zwrócił uwagę, że w ostatnich kwartałach mieliśmy do czynienia ze znacznie mniejszymi wzrostami cen mieszkań, z których większość od wielu kwartałów była kupowana za gotówkę. Ponadto niezmiennie w Polsce brakuje co najmniej 2 mln lokali - dodał.
Przypomniał, że np. Rada Polityki Pieniężnej zdecydowała o obniżeniu poziomu stóp procentowych w Polsce, co oznacza dla Polaków posiadających złotowe kredyty mieszkaniowe, spadek odsetek o ok. 1,6-1,7 mld zł w skali roku. Z kolei banki oferują klientom wakacje kredytowe, dzięki którym ci przez 3-6 miesięcy, mogą ograniczyć koszty posiadanych kredytów. Dodał, że wobec banków rozluźnione zostały wymagania kapitałowe, i instytucje te mogą na preferencyjnych warunkach być zasilane w płynność. - podkreślił. Przypomniał też o wycenionym na wiele miliardów złotych impulsie rządowym. - zaznaczył.
HRE Think Tank prognozuje, że, m.in. z tego powodu w perspektywie 1-2 kwartałów ceny mieszkań powinny pozostać stabilne - "z możliwością odchyleń o plus/minus 5 proc.". Turek wskazał, że kluczowi są sami sprzedający, "którzy nie są zbyt płochliwi i wolą przeczekać niepewność niż sprzedać mieszkanie z dyskontem". Dodał, że dotyczy to nie tylko sprzedających mieszkania używane, ale też deweloperów.
podkreślił. Wiele firm, jak powiedział, chce wykorzystać okres niepewności, aby pozyskiwać nowe działki z nadzieją, że ich właściciele będą w trakcie epidemii bardziej elastyczni podczas negocjacji.