Instytucje i organy władzy przyzwyczaiły nas, że na swoje ustawowe obowiązki patrzą z przymrużeniem oka. Ich najczęstszą strategią jest symulowanie wykonywania zadań, które im nie leżą. Chyba najlepszym przykładem tej smutnej strategii jest gminna gospodarka mieszkaniowa. Została ona wprost wymieniona w katalogu zadań własnych gmin (art. 7 pkt 1 ust. 7 ustawy o samorządzie gminnym), jednak w większości samorządów trudno powiedzieć, czy ona właściwie istnieje. Niby polskie gminy mają jakiś zasób lokali komunalnych, nawet je pewnym osobom wynajmują, tylko że niemal nikt nie bierze pod uwagę mieszkania komunalnego jako poważnej opcji zapewnienia sobie dachu nad głową. Jeśli ktoś mimo wszystko takie lokum otrzyma, to zwykle jest to efekt zbiegu różnych okoliczności, a nie świadomego działania.

Co gorsza, od lat mamy do czynienia z postępującą dekomunalizacją polskiej tkanki mieszkaniowej. W tym obszarze nieprzerwanie panuje thatcheryzm, czyli filozofia forsowana przez rząd Żelaznej Damy, według której mieszkanie to sprawa czysto indywidualna, więc wspólnym instytucjom nic do tego. Thatcher zapoczątkowała w Wielkiej Brytanii gigantyczną prywatyzację zasobów, co było jednym z najgłośniejszych punktów jej programu.

W Polsce odbył się, a w zasadzie nadal się odbywa, bardzo podobny proces, z tą różnicą, że zachodzi on po cichu.

Jeszcze na początku XXI wieku, dokładnie w 2002 r., mieliśmy w Polsce 12 proc. mieszkań komunalnych. Dla samych miast ten wskaźnik był jeszcze wyższy i wynosił 16 proc. Od tamtej pory komunalny zasób poddawany jest stopniowej degradacji. Choć w latach 2002–2013 liczba lokali mieszkalnych ogółem wzrosła w Polsce o 18 proc., to liczba tych komunalnych spadła o prawie jedną trzecią. Był to oczywiście wynik akcji prywatyzacyjnej, która polegała na oddawaniu takich lokali ich mieszkańcom na bardzo preferencyjnych warunkach. To samo w sobie nie musiało być złe, problem w tym, że gminy nie uzupełniały traconego zasobu nowymi ani wykupem cudzych lub remontowaniem własnych pustostanów.

W latach 1989–2014 nowe mieszkania komunalne stanowiły 2,5 proc. wszystkich wybudowanych. W efekcie w 2013 r. lokali mieszkalnych należących do gmin było już tylko 6,75 proc. W zaledwie dekadę ich udział spadł więc prawie dwukrotnie. Oczywiście pierwsza dekada XXI wieku była okresem zachłyśnięcia się gospodarczym liberalizmem i indywidualizacją życia społecznego. Od drugiego rządu PO rozpoczęło się powolne odchodzenie od prostego modelu liberalnego – pojawiły się chociażby pierwsze publiczne programy mieszkaniowe (Rodzina na Swoim, potem Mieszkanie dla Młodych). Problem w tym, że nie dotyczyło to poziomu gminnego. Dekomunalizacja mieszkań trwa do teraz.

W okresie 2013–2016 liczba mieszkań komunalnych spadła z 935 tys. do 869 tys. W ubiegłym roku wyniosła już tylko 840 tys. Tylko w latach 2017–2018 gminy sprzedały 35 tys. mieszkań, czyli 26 proc. wszystkich lokali sprzedanych w tym czasie. W 2017 r. gminy oddały ich do użytkowania 1714, czyli mniej niż 1 proc. wszystkich wybudowanych. W 2018 r. te komunalne odpowiadały już jedynie za 5,5 proc. mieszkań w Polsce. W takim tempie pod koniec nadchodzącej dekady ich udział będzie podawany w promilach.

Żeby w Polsce otrzymać lokal komunalny, trzeba być bardzo cierpliwym lub mieć niezwykłe szczęście. Nawet eksmisja nie daje pewności, że otrzyma się od gminy jakiś lokal zastępczy. W Wiedniu dwóch na trzech mieszkańców korzysta z lokum należącego do miasta lub dotowanego przez gminę, a wiedeńczyków raczej trudno podejrzewać o to, że w tej liczbie kwalifikują się do pomocy socjalnej

CAŁY TEKST CZYTAJ W INTERNETOWYM WYDANIU "DGP">>>