Kim jest Ole Thorstensen? Cieślą z dyplomem mistrzowskim, który pracuje w Oslo. Prowadzi własną firmę. I to sam - nie ma stałego pracownika, współpracuje za to z kilkoma podwykonawcami, w tym. np. elektrykami, murarzami i glazurnikiem.

Jego biuro mieści się w salonie domu. Magazynu brak ("narzędzia trzymam na strychu"). Auto? Jest, to wysłużona furgonetka. Czym można mu zaufać? Tak, skoro w zawodzie pracuje już 25 rok.

Wstawia drzwi, buduje tarasy, remontuje łazienki, w tym także robi do nich meble, a przede wszystkim przebudowuje strychy ("Nie zapominam żadnego zlecenia"). Sam o sobie mówi krótko: "W ręcznej robocie nie ma nic mistycznego. Wykonuję swoją pracę na zamówienie i jestem całkowicie zależny od popytu – od tego, czy ktoś chce, bym coś dla niego zrobił".

O kulisach swojej pracy pisze już z kolei dużo i chętnie. Śmiało dzieli się także osobistymi uwagami – pretekstem jest dla niego jedno z wielu zleceń. Dokładnie rozpisany przez Jona Petersena, mieszkańca Oslo, konkurs ofert. Zadaniem: przebudowa strychu w kamienicy z 1890 roku. Na najwyższej konsygnacji mają się znaleźć sypialnia dwóch chłopców, łazienka i minisalonik. To wszystko na ok. 50 mkw.

Czego, jego zdaniem, nie powie fachowiec w rozmowie z klientem? To jedno z pytań, na które można znaleźć odpowiedź w "Zapiskach stolarza".

Po pierwsze – jak konstruuje rachunek
Oprócz koniecznych prac obliczeniowych, kalkulacji i upustów od firm meblowych i marketów narzędziowych (te sięgnąć mogą nawet jednej trzeciej ceny na sklepowej półce), do ogólnego rachunku doliczy ok. 10 proc. jego wartości. Na co? Nieprzewidziane wydatki. "Pojawiają się niezależnie od tego, jak dokładnie prowadzę wyliczenia", tłumaczy.

Po drugie – nie zasypie szczegółami prac
Wszystko po to, "by nie zmniejszać szans na uzyskanie zlecenia". "Lepiej odłożyć kłopoty na później", uważa przy tym. Ale jest ku temu jeszcze jeden powód – przy szczegółowo rozpisanym harmonogramie i zakresie prac, dane te mogą zostać wykorzystane przez konkurencję. Jeśli realizacja zlecenia przypadnie innym fachowcom, a takie przypadki też przecież mają miejsce

Po trzecie – jak kluczowe jest dla niego pierwsze wrażenie
"Sposób prowadzenia pierwszej rozmowy wiele mi mówi o tym, jak będzie wyglądać współpraca, gdy sprawy ruszą na poważnie. Trzeba się upewnić, czy dobrze się dogadujemy" – zapewnia. Czytaj: czy równie sprawnie będzie przebiegała współpraca, kiedy pojawią się trudności. A tych na budowie i przy remontach nie brakuje. Co wtedy? Najpierw naświetlenie problemu, potem danie klientom czasu na przespanie się z tematem, a następnie przedstawienie rozwiązania.

"Teraz mówię, że mam pomysł, ale potrzebuję trochę czasu na zrobieniu paru szkiców, chociaż tak naprawdę są już gotowe. Chcę, żeby zrozumieli, że to wymaga z mojej strony dodatkowe wysiłku", ujawnia tajniki zawodu. W innymi miejscu zapewni, że po części musi być psychologiem, negocjatorem, prawnikiem... 

Po czwarte – jak pilnie potrzebuje zlecenia, żeby dopiąć domowy budżet
Dobry fachowiec będzie się pilnował i nie pokaże, jak bardzo zależy mu na danym zleceniu ("jeśli ujawnię, jak bardzo chcę dostać tę robotę, będzie to wyglądało, jakbym miał problemy z uzyskiwaniem zleceń"). Dlatego bardziej prawdopodobne będzie, że okaże "mieszankę dystansu i entuzjazmu".

Po piąte – nie zająknie się, że pomysł klient to fanaberia
Będzie się za to za każdym razem starał "porozmawiać z klientem, zrozumieć, co ma na myśli, czego tak naprawdę pragnie. Wszystkie rozwiązania mają jakąś podstawę", zapewnia. "Niektóre z nich to rezultat konstrukcji budynku, a inne wynikają z wyobrażeń klienta o całym przedsięwzięciu. Używam słowa >wyobrażenia<, bo między pragnieniami a tym, co widać w projekcie może istnieć spory rozziew. A rozbieżność między pragnieniami a tym, co zostanie zbudowane, może być jeszcze większa" – zastrzega przy tym.

Po szóste – jak łatwo jest odróżnić dobrego fachowca od złego
Dobry od razu, kiedy myśli poważnie o zleceniu, zada kilka krótkich pytań. "Czy to jest powierzchnia, która ma być połączona z waszym mieszkaniem? (….) Czy macie już projekt i zgłoszenie budowlane? Albo obliczenia konstrukcyjne?" – to tylko przykłady kilku z nich.

Po siódme – konkursy ofert, do których zaprasza się więcej niż trzy firmy, to… lipa
Najlepsi zrezygnują, bo w ich przypadku będzie to oznaczało niższe szanse na zdobycie zlecenia. Poza tym – jak przekonuje Ole Thorstensen – klient wysyła sygnał, że zależy mu przede wszystkim na zbiciu ceny, a nie jakości prac. A ta przecież musi kosztować.

"Klienci, którzy ograniczają się do rozważenia trzech wykonawców, mają większe szanse na uzyskanie dobrej jakości usługi niż ci, którzy starają się o mnóstwo ofert, odstraszając w ten sposób najlepszych rzemieślników" - mówi wprost. 

Lepiej, przejrzeć na początku referencje dziesięciu firm, upewnić się, że nie przędą cienko, po czym do wybranych z nich – około trzech – wysłać prośbę o przygotowanie kosztorysów. Wbrew pozorom te ostatnie wymagają dużo doświadczenia i wiedzy praktycznej. Nie licząc czasu potrzebnego na przyjazd do klienta, przekonuje.

Swoje zlecenie szacuje na ponad 1,1 mln koron. To dużo, ale też prace obliczone są na około pół roku.

Po ósme – obowiązkowy punkt umowy to kary za opóźnienia
Dokument powinien zawierać nie tylko informacje o tym, jak długo będzie trwał remont, jaki będzie jego zakres, kiedy się rozpocznie, ale też gwarantować fachowcowi "dostęp do zadowalających rysunków, obliczeń konstrukcyjnych". "Ja też chcę być kryty" tłumaczy powód swojej skrupulatności.
Ale na tym nie koniec. Jednym z punktów powinna być także informacja o karach za opóźnienia. "Klienci to lubią i czują, że poważnie traktuję terminy, co i tak robię" – dodaje.
Poza tym kara za opóźnienie, to zawsze mniej niż koszty procesów sądowych czy zepsutej reputacji – zła sława potrafi ciągnąć się latami.

Po dziewiąte – brudne prace są równie ważne jak wykończeniówka
"Rzemieślnik, który porządnie wykonuje rozbiórkę i czyszczenie, jest najczęściej równie dokładny w pozostałych pracach". A to oznacza, że (częste) wizyty na miejscu pracy nie będą mu przeszkadzać. Przecież nie ma nic do ukrycia.

Po dziesiąte – w cenie jest narzekanie na nawał roboty
Wszystko dlatego, że wiele prac wymaga precyzyjnej roboty, a ta jest czasochłonna. Siłą rzeczy postępy nie są zawsze widoczne od razu.

"Mogą nawet uznać, że trochę ich oszukujemy, że nie przychodzimy do roboty. Staram się im wtedy wytłumaczyć, co zrobiliśmy, nawet przesadzając trochę w narzekaniach, jak jesteśmy zmęczenie i sfrustrowanie, bo to wolno idzie" – wyznaje szczerze na koniec.