Projekt ustawy dotyczący częściowej reprywatyzacji powstał w resorcie sprawiedliwości, ale wicepremier Mateusz Morawiecki był uprzedzony, że takie rozwiązanie jest szykowane. Były nawet nieoficjalne kontakty między resortami sprawiedliwości i finansów, ale miały charakter sondażowy i dotyczyły wyrywkowych zagadnień, np. czy MF jest w stanie oszacować wielkość roszczeń. Nie było jednak mowy o konsultowaniu całego projektu i jego strony finansowej – wynika z naszych informacji.

- Odpowiedź na szczegółowe pytania będzie możliwa po przedstawieniu przez Ministerstwo Sprawiedliwości finalnego projektu ustawy. MF zaopiniuje projekt na etapie uzgodnień międzyresortowych – odpowiedział resort Mateusza Morawieckiego.

Poważne liczenie kosztów ustawy dopiero się więc zacznie. Przygotowujący ją Kamil Zaradkiewicz, dyrektor departamentu prawa administracyjnego, opierał się na szacunkach z wcześniejszych ustaw reprywatyzacyjnych. A te są rozbieżne. Od 190 mld zł w czasach rządu Jerzego Buzka po najnowsze z 2008 r., które mówiły o wartości roszczeń rzędu 140 mld zł, z czego 40 mld zł miało przypadać na stolicę. Później te dane nie były aktualizowane. – Do tej pory podawano bardzo zróżnicowane szacunki zakresu roszczeń i ich wartości przy okazji różnych projektów ustaw reprywatyzacyjnych. Obecnie precyzujemy, na ile to możliwe, aktualną skalę ich wielkości, a dokładną sumę kosztów dla budżetu będzie można określić dopiero wtedy, gdy spłyną wnioski od pokrzywdzonych. Przyjęte rozwiązanie pozwoli na uporządkowanie raz na zawsze stanu faktycznego i prawnego – zauważa prof. Zaradkiewicz.

Zgodnie z projektem zamiast pełnej realizacji roszczeń reprywatyzacyjnych ma być wypłacane zadośćuczynienie w wysokości 20 proc. wartości nieruchomości lub 25 proc., jeśli wypłata będzie w obligacjach skarbowych. Wycena wartości roszczenia ma uwzględniać stan nieruchomości z momentu przejęcia przez komunistyczne władze, ale także ówczesne zadłużenie na hipotece. Na wystąpienie o zadośćuczynienie będzie tylko rok i będą to mogli zrobić wyłącznie spadkobiercy, a nie osoby, które nabyły roszczenie. W efekcie wypłaty można szacować w granicach od kilkunastu do niemal 30 mld zł. Sami autorzy mówią o orientacyjnej kwocie 20 mld zł.

Sposobem na zmniejszenie dolegliwości nowego rozwiązania dla finansów państwa ma być to, że wypłaty mają być rozłożone na długi okres. – Corocznie w budżecie będzie określana pula środków przeznaczonych na wypłaty świadczeń pieniężnych tytułem zadośćuczynienia. Będą one zaspokajane proporcjonalnie do możliwości budżetowych w danym roku i będą finansowane w kolejnych latach do czasu zupełnej spłaty zobowiązań. Te świadczenia, których nie będzie można wypłacić w danym roku, będą podlegały waloryzacji, by nie traciły wartości – tłumaczy Zaradkiewicz. Rocznie wydatki dla budżetu mogą wynosić np. od kilkuset milionów do ponad miliarda złotych. Wypłata zacznie się najwcześniej w 2019 r., a uregulowanie wszystkich należności może potrwać kilkanaście lat.

To istotne, bo przy pracach nad ustawą reprywatyzacyjną rząd będzie musiał uwzględnić możliwości, jakie ma dzisiaj nie tylko w kasie państwa, lecz także w całym sektorze finansów publicznych.

Dziś sytuacja jest dobra. Deficyt budżetowy na koniec roku może być aż o połowę niższy od całorocznego limitu w wysokości ok. 60 mld zł. Z kolei nasz dług publiczny w relacji do PKB ma w ciągu najbliższych dwóch lat pozostać w okolicy 54 proc. Do granicy 60 proc. jest ok. 120 mld zł (a nawet więcej, gospodarka cały czas rośnie).

Sytuacja finansów jednak tylko teoretycznie pozwala spokojnie planować pokrycie roszczeń reprywatyzacyjnych. Spełniony musi być warunek, że wypłaty będą rozłożone na wiele lat. Dlaczego? Bo zobowiązaliśmy się przed Komisją Europejską, że z roku na rok będziemy ograniczali deficyt. To zaś nawet przy obecnym szybkim wzroście PKB jest dla rządu wyzwaniem, bo do budżetu wpisano nowe sztywne wydatki, jak program „Rodzina 500 plus” (24–25 mld zł rocznie). Pieniędzy potrzeba będzie też na sfinansowanie obniżonego wieku emerytalnego (w przyszłym roku ok. 10 mld zł).

Roszczenia związane z mieniem zabużańskim można było zgłaszać do końca 2008 r. Do dzisiaj wypłacono 47 proc. wnioskowanej kwoty (4,1 mld zł). Gdyby proces wypłaty nowych rekompensat był równie powolny, budżet uniósłby taki wydatek. Ale nawet wtedy może się pojawić problem długu obliczanego według reguł unijnych. Eurostat stosuje bowiem metodę memoriałową, co oznacza, że dniem poniesienia kosztu dla finansów publicznych może być moment decyzji o przyznaniu rekompensaty. Gdyby wnioski zostały zaś rozpatrzone szybko, to nawet przy wypłacie zaplanowanej na wiele lat w statystykach zadłużenia musielibyśmy natychmiast uwzględnić całą wartość rekompensat.

ROZMOWA

Gronicki: Największe problemy będą z odpowiednią wyceną majątku

Model reprywatyzacji, nad którym pracuje Ministerstwo Sprawiedliwości, bardzo przypomina pomysł rządu Marka Belki, w którym był pan ministrem finansów. To dobry kierunek prac?
Tak, projekt jest podobny i ma dokładnie te same słabe punkty. Przede wszystkim: jak wycenić wartość majątku w momencie jego nacjonalizacji. Przecież wtedy nie było rynku. Brać wycenę przedwojenną? To też nie ma sensu, bo przecież wojna dokonała zniszczeń. No i co z gruntami – na przykład w Warszawie. Można przyjąć, że sterta gruzu, w jaką zamieniona została kamienica, była warta zero w chwili przejmowania jej przez państwo. Ale grunt, na którym była, był jednak coś wart. Tylko ile? Widzę tu poważny problem.

Uważa pan, że projekt może podzielić los ustawy rządu Belki? Tamta trafiła do sejmowej zamrażarki.
Tego nie wiem, ale mało prawdopodobne wydaje mi się uchwalenie tej ustawy jeszcze w tym roku, tak by mogła zacząć obowiązywać od początku 2018 r. Zostały raptem dwa miesiące, a to jest zbyt skomplikowana materia. I kwestia kosztów, które dziś są nieokreślone.

Mowa o kilkudziesięciu miliardach.
Trzeba sobie powiedzieć jasno: nie wiemy, ile to będzie kosztować. Problemy z wyceną wartości majątku w momencie nacjonalizacji to jedno. Ale tu potrzeba rozstrzygnięć, co np. ze skutkami reformy rolnej? Czy to wejdzie w zakres reprywatyzacji? A może tylko w tej części, gdzie majątek odbierano niezgodnie z zasadami tej reformy, nacjonalizując np. dwory szlacheckie. Czy spadkobiercy właścicieli dworu odebranego na rzecz PGR też dostawaliby 25 proc. jego wartości? Żeby było jasne: ja nie jestem przeciwnikiem wypłat rekompensat pieniężnych. Ale to się nie uda bez jasnego zdefiniowania bazy, tych stu procent wartości tego, co ma być rekompensowane. Jak np. wycenić to, że przez tyle lat właściciele – a potem ich spadkobiercy – nie mogli rozporządzać swoim majątkiem. Widzę tu duże ryzyko prawne, to znaczy wyroków w procesach, jakie byli właściciele i ich spadkobiercy wytaczaliby państwu. W tym postępowań arbitrażowych. By ich uniknąć, potrzebna jest duża precyzja, której w dotychczasowych prezentacjach nowego pomysłu na reprywatyzację nie widzę.

Czy nas w ogóle na to stać? W budżecie są na to pieniądze?
To jest tak naprawdę sprawa drugorzędna. Można wyemitować specjalne obligacje i w takiej formie wypłacać rekompensaty. Ale tu też jest pułapka, bo na takie obligacje musi być rynek. Co komu po papierach, których nie da się sprzedać? Mieliśmy – również w czasach transformacji – kilka przykładów obligacji nierynkowych, których nie dało się rolować i z bólem trzeba było wykupywać je od właścicieli.