Tu buduje się z rozmachem graniczącym z szaleństwem. O Dżamirze (Jumeirah) słyszeli wszyscy, chociaż nie wszyscy wiedzą, że tak się nazywa. To kaprys szejków, jedna z trzech sztucznych wysp na dnie szelfu u wybrzeży Dubaju. Prace przy jej usypywaniu ruszyły 14 lat temu. Potem, jak perły nanizane na złoty naszyjnik, wyrastały tu luksusowe hotele, wille i apartamentowce. Pierwsze wrażenie? Lekkie rozczarowanie. Słynna palma z ziemi nie robi tak piorunującego wrażenia jak w Google Maps, bo jej kształt jest z tej perspektywy mało rozpoznawalny. Żeby docenić zamysł architekta, trzeba by jako środka transportu używać śmigłowca. Nawiasem mówiąc, to całkiem sensowne rozwiązanie, biorąc pod uwagę korki podczas porannego szczytu. Wtedy dojazd z końcówki dowolnego „liścia” do nasady „pnia” wymaga odstania nawet pół godziny. Plus jest taki, że w tym czasie można się rozglądać za autem np. Davida Beckhama albo Brada Pitta, którzy kupili tu rezydencje.

To właśnie na pniu Dżamiry powstaje – za ponad miliard dolarów – luksusowy hotel apartamentowiec sieci Viceroy z prawie pół tysiącem pokoi i mieszkań oraz ponad 200 rezydencjami. Budynek jest jeszcze w stanie surowym. Stoję wśród inżynierów i robotników w przyszłym penthousie na najwyższej kondygnacji z oszałamiającym widokiem na Morze Arabskie i linię dubajskich drapaczy chmur. Akurat ten lokal – wielkości dużego mieszkania w warszawskim Miasteczku Wilanów – został sprzedany za 4 mln dol. jeszcze na etapie dziury w ziemi, a potem był już przedmiotem kilku transakcji na rynku wtórnym.

Pod sobą, między dwoma skrzydłami hotelu, widzę miejsce na przedziwną konstrukcję: gigantyczny, szklany sześcian, którego każda z krawędzi będzie miała po 15 m długości. Konstrukcja została zamówiona w Niemczech, koszt jest astronomiczny. – Ten sześcian nie będzie pełnił żadnej roli użytkowej. Stąd będzie się rozciągał widok na 100-metrowy basen, zatokę i centrum Dubaju – opowiada Nabil Akiki, prezes SKAI Development.

Czyli po co jest ten sześcian? – dopytuję.

On jest tu po to, żeby powiedzieć „łał” – odpowiada.

To se ne vrati?

Andy White z The Big 5, któremu Wieża Chalify już spowszedniała, kontynuuje: – Europejscy wykonawcy i kontrahenci mają tu dobrą renomę. W dużej liczbie obecne są tu firmy z Niemiec, ale też z Włoch, Hiszpanii i Francji. Potencjał rynku jest naprawdę duży. Jesteśmy otwarci na firmy z Polski – dodaje.

Okazuje się, że polskie firmy mają w krajach arabskich dobrą opinię. To zasługa m.in. Budimeksu, który jako centrala handlu zagranicznego PRL budował autostrady w Libii i Iraku. Dzisiaj należy do hiszpańskiego giganta Ferrovial, który działa w zatoce na własną rękę. Polskich firm jest w tym rejonie na razie garstka, chociaż są dobrze oceniane. Anna Polak-Kocińska, wiceprezes Polskiej Agencji Informacji i Inwestycji Zagranicznych zapewniła DGP, że jej instytucja pracuje nad wprowadzeniem na ten rynek kolejnych.

Polska spółka PM Group projektowała w ojczyźnie fabryki dla globalnych koncernów, które zleciły im z czasem zadania za granicą. Właśnie tak cztery lata temu trafili do Dubaju, gdzie do dzisiaj realizują projekty. Rynek jest chłonny i otwarty. Jeśli firma dobrze wywiązuje się z zadań i zachcianek klientów, to z czasem zyskuje kolejne zlecenia i wpada w orbitę coraz większych pieniędzy. Ale jeśli raz się pomyli, to drugiej szansy już nie ma. – Miejscowy klient dobrze płaci, ale bardzo dużo wymaga. Dominuje podejście: wy jesteście specjalistami, a skoro tak, to zróbcie wszystko tak, żebym nie musiał się już o nic martwić. Dlatego tutaj każda wpadka i zła opinia idzie w ślad za firmą, uniemożliwiając pozyskanie kolejnych kontraktów – tłumaczy Łukasz Kozłowski, menedżer projektu z PM Group.

W tym rejonie świata nie da się zawrzeć wiążących ustaleń biznesowych przez telefon ani przez internet. Robi się to podczas bezpośrednich spotkań. W publicznych inwestycjach wykonawcy wybierani są często w przetargach, ale tylko w zamkniętym gronie sprawdzonych firm. Liczy się dotychczasowy dorobek, zrealizowane kontrakty, opinia w branży i znajomości. Przystępując do zadania, inwestor najpierw robi rozpoznanie rynku: kto ma potencjał, żeby dane zadanie wykonać. Potem w tym zamkniętym, wąskim gronie liczy się już głównie cena, chociaż też nie zawsze wygrywa najniższa (ważne są też np. czas trwania budowy i parametry techniczne). W praktyce oferent ma niewielkie szanse, jeśli nie znajdzie wcześniej lokalnego partnera i opiekuna. – Nad wszelkimi regułami obowiązuje ta najważniejsza i absolutnie nadrzędna. A brzmi ona tak: jeśli szejk o czymś zdecyduje, to tak ma być. I kropka – usłyszeliśmy w kuluarach The Big 5. Tutejsi inwestorzy postawili tamę taniości z Dalekiego Wschodu. – W Arabii Saudyjskiej inwestorzy wpuścili na rynek na próbę Chińczyków, co natychmiast odbiło się na jakości. Inwestorzy wyciągnęli lekcję z tego epizodu. Dzisiaj w zamówieniach liczy się doświadczenie w kontraktach na Bliskim Wschodzie – tłumaczy Jerzy Pietrucha prezes spółki Pietrucha zajmującej się usługami inżynieryjnymi.

Miejscowi kuszą zagranicznych inwestorów ułatwieniami finansowymi dla cudzoziemców, zwolnieniami z podatku dochodowego, opłat celnych itd. Dla Europejczyków trudnością mogą być uwarunkowania kulturowe, które można zamknąć w trzech słowach: religia, alkohol i kobiety. – Różnice istnieją, ale ich skala jest mitem. Każda ze stron ma tu coś do wygrania, a taka więź biznesowa pozwala się porozumieć – mówi Wiktoria Skopiak z Comensalu, który produkuje na ten rynek narzędzia budowlane.

FIFA z Katarem

Zjednoczone Emiraty Arabskie – ze swoim Dubajem i Abu Zabi – mają 31 proc. udziałów w rynku budowlanym zatoki pod względem wielkości przychodów. Większy kawałek tortu należy tylko do Arabii Saudyjskiej, która jest jednak 25 razy większa, ponad trzy razy bardziej liczebna i z PKB wyższym prawie dwukrotnie. To właśnie w Arabii Saudyjskiej rośnie budynek wyższy od Wieży Chalify. To Wieża Królestwa (Kingdom Tower), która będzie pierwszym budynkiem na Ziemi o wysokości przekraczajacej 1 km (dokładnie 1007 m). Wjazd na szczytowe kondygnacje windą ekspresową potrwa pięć minut, a standardowymi – 12 minut. Harmonogram zakłada otwarcie budynku w 2017 r., chociaż to optymistyczne założenie. Według pierwotnej, szalonej koncepcji budynek miał mieć 1,6 km wysokości. Wtedy w drodze z parteru na szczyt można by np. przeczytać ten tekst w DGP, ale wyniki badań geologicznych spowodowały, że wieżę „skrócono”.

Muskuły pręży też Katar. Ten kraj ma tyle wspólnego z piłką nożną, co Polska z krykietem. Ale to właśnie Katar przekonał FIFA do powierzenia mu organizacji mundialu w 2022 r. W planach są zapierające dech w piersiach inwestycje w stadiony, drogi i koleje. Według wywiadowni gospodarczej Ventures Middle East Katar wydał w ubiegłym roku na infrastrukturę 26 mld dol. (prawie trzy razy więcej niż rok wcześniej). Palmę pierwszeństwa dzierży Arabia Saudyjska, której wydatki przekroczyły 34 mld dol., a rok wcześniej były jeszcze wyższe, jeśli uwzględnimy bizantyjski projekt metra w Rijadzie, dla którego tabor powstaje w zakładach chorzowskiego Konstalu, przejętych przez francuski Alstom (producenta pendolino).

Budowanie w tym rejonie świata to proces szybszy niż w krajach zachodnich. Sprzyja temu brak demokracji i – mówiąc eufemistycznie – swobodne podejście do respektowania praw człowieka. Według międzynarodowych raportów ok. 250 tys. robotników z południowo-wschodniej Azji żyje tu poniżej standardów cywilizacyjnych. Według Human Rights Watch podczas przygotowań do mundialu w 2022 r. co dwa dni z upału i przepracowania umiera jeden robotnik z Nepalu (brakuje danych dotyczących robotników z Indii, Sri Lanki i Bangladeszu). W badanie sprawy zaangażowana jest m.in. Amnesty International. To ciemna strona inwestycyjnego boomu w zatoce.

Sięgnąć nieba

Budowa kolejnych rekordowych wież, która jest wyzwaniem dla inżynierów, napawa obawą niektórych ekonomistów. Powód? Jak wynika z indeksu Barclays Capital Skyscraper Index, zazwyczaj wtedy, kiedy powstawał najwyższy budynek świata, na globie nastawał kryzys. Innymi słowy: budowa najwyższych drapaczy chmur zaczyna się zwykle w momencie dynamicznego wzrostu, a kończy w recesji.

Przykłady: powstanie Empire State Building zbiegło się w czasie z wybuchem Wielkiego Kryzysu w 1929 r., a budowa nowojorskiego WTC w 1973 r. i Sears Tower w Chicago w 1974 r. zakończyła się kryzysem naftowym lat 70. Przecięcie wstęgi pod malezyjskim Petronas Towers w 1998 r. zbiegło się w czasie z azjatyckim kryzysem finansowym, który znokautował tamtejsze ekonomiczne tygrysy. Także Wieża Chalify kończyła się w warunkach światowego kryzysu po upadłości Lehman Brothers.

Coś w tym jest. Bo plan był taki, że ZEA utrze nosa Saudom z ich Wieżą Królestwa. W zachodnim Dubaju miał powstać Al Burdż (nazywany też Wieżą Nakheel). To miał być 200-piętrowy drapacz chmur znacząco przebijający pułap 1 km. I kiedy specjaliści od PR zaczęli snuć wizje o tym, jak superszybkie windy umożliwią dwukrotne podziwianie zachodu słońca w ciągu jednego wieczoru (pierwszego z poziomu parteru i drugiego na najwyższym piętrze kilka minut później), a budowla będzie najcięższą konstrukcją stworzoną przez człowieka (ponad 2 mln ton) – koncepcja trafiła do szuflady. Prace wstrzymał światowy kryzys, który silnie dotknął gospodarkę Dubaju. Nawet szejkowie muszą czasami uwzględnić analizy opłacalności.