Dziennik.pl poprosił Open Finance i Home Broker o porównanie cen mieszkań w wielkiej płycie w pierwszym kwartale 2018 i 2017 roku. Co się okazało?

Za metr kwadratowy przyjdzie nam zapłacić teraz od 4 do 9,6 proc. więcej niż rok temu.

Najmniej, co wielu może zaskakiwać, ceny poszły w górę w Warszawie - o 4 proc. (teraz to 7,6 tys., wcześniej 7,3 tys. zł), podczas gdy np. w Trójmieście o 6,5 proc. (teraz 5,6 tys. zł, wcześniej 5,3 tys. zł), a w Krakowie i Poznaniu - 6,9 proc. (teraz to odpowiednio 5,2 tys. zł i 5,3 tys. zł, wcześniej 4,8 tys. zł i 5 tys. zł). Najbardziej z kolei podrożały mieszania budowane za PRL-u w Lublinie. Aż o 9,6 proc. w ciągu roku (teraz 4,4 tys. zł, wcześniej 4 tys. zł).

Czym to tłumaczyć, skoro co i rusz odżywa dyskusja o bezpieczeństwie betonowych bloków?

Po pierwsze, lokalizacja - o ile w momencie budowy znajdowały się one głównie na obrzeżach miast, rozrost metropolii sprawił, że teraz dojazd do centrum nie zajmuje więcej niż pół godziny, i to nawet w godzinach szczytu. Po drugie, inwestycje - budynki były wielokrotnie poddawane remontom i modernizacjom, co też nie pozostaje bez wpływu na ich atrakcyjność. Ale na tym nie koniec.

- Dają wyższą rentowność wynajmu, a więc są rozwiązaniem dla inwestora, który tu i teraz chce zarabiać wyższy procent i nie zważa na malowane przed tymi budynkami słabe perspektywy - dopowiada Bartosz Turek, analityk Open Finance. Sam, jak przyznaje, mieszka w betonowym bloku, ale - od razu zastrzega - jest świadomy ryzyka, po drugie, nie wierzy, że bloki, w których mieszkają miliony Polaków, dotknie nagły kataklizm.

- Wbrew wielu prognozom zmierzchu, wielka płyta wciąż okazuje się niemal od spiżu trwalsza - kwituje.

Wśród minusów wielkiej płyty najczęściej wymienia się m.in.: wyższe koszty utrzymania (w stolicy o około 13 proc.), wspólną z innymi mieszkaniami wentylację (w pionie), słabą akustykę, nierówne ściany i podłogi, a także wygląd klatek schodowych czy np. toporną bryłę budynków.