Na kasach mieszkaniowych w połowie lat 90. sparzyło się 60 tys. Polaków. Dziś Związek Banków Polski i posłowie lewicy namiawiają do ich reanimacji. Mają już gotowe programy. Zarówno projekt przygotowany przez Związek Banków Polskich, jak i ten autorstwa Lewicy zakładają, że każdy, kto zdecyduje się odkładać pieniądze na mieszkanie w kasie mieszkaniowej, dostanie od państwa premię w wysokości 20 proc. zgromadzonego wkładu. Roczny bonus nie może jednak być wyższy niż 3600 zł.

Co dostaniemy?

Wyliczyliśmy, że kto co miesiąc będzie wpłacał po 500 zł, po roku dostanie 1,2 tys. zł premii. Po 6 latach jego kapitał wyniesie już ok. 50 tys. zł. Mógłby wówczas wystąpić o tani kredyt o stałej stopie procentowej w wysokości dwukrotności swoich oszczędności. A za te pieniądze wyremontować albo rozbudować dom.

Mógłby też potraktować pieniądze z kasy jako wkład własny i wystąpić o komercyjny kredyt hipoteczny na zakup mieszkania. Wtedy przedstawiałby dokumenty – np. faktury lub umowy – potwierdzające, że zgromadzone w kasie pieniądze wraz z premią faktycznie wydał na cele mieszkaniowe. Gdyby tego nie zrobił, zwracałby premię wraz z odsetkami karnymi.

Kto za to zapłaci

Z wyliczeń autorów obu projektów wynika, że dzięki premiom gwarancyjnym, które państwo dopłacałoby do naszych oszczędności, nawet 1,8 mln osób niemających dziś zdolności kredytowej mogłoby w przyszłości kupić lub wyremontować mieszkanie. Sęk tylko w tym, że popularność kas mieszkaniowych oznaczałaby potrojenie dotychczasowych wydatków na te cele z budżetu.

"Przy obecnym stanie finansów państwa każdy projekt, który zakłada zwiększenie wydatków, powinien trafić do kosza" - uważa prof. Krzysztof Rybiński, były wiceprezes Narodowego Banku Polskiego. Wskazuje, że pomysł bankowców z pewnością jest dobrym interesem dla banków. A Lewicy – chwytliwym zagraniem politycznym.

Ale są też ekonomiści, jak np. Jacek Łaszek z Instytutu Ekonomicznego NBP, którzy twierdzą, że pieniądze, które dziś rząd przeznaczy na premie (od 400 mln zł do 3,5 mld zł rocznie, w zależności od liczby członków), zaczną się zwracać już po 3 – 4 latach. " Ludzie zaoszczędzone pieniądze zaczną inwestować w materiały budowlane, robociznę, wyposażenie, a to oznacza, że każda złotówka wydana z budżetu przyniesie 3 zł w postaci podatków" - wylicza Jacek Furga, wiceprezes Zarządu Centrum Prawa Bankowego i Informacji.

Już raz kasy umarły

Działające na podobnej zasadzie kasy mieszkaniowe powstały w Polsce w drugiej połowie lat 90. Zapisało się do nich ok. 60 tys. osób skuszonych obietnicą premii i ulgi podatkowej. Brak stosownych przepisów wykonawczych zablokował wypłatę premii. A w 2002 roku rząd zlikwidował ulgę podatkową i kasy umarły śmiercią naturalną.

W innych krajach ta forma oszczędzania nieźle się sprawdza. W Niemczech, choć dopłaty są niewielkie (ok. 1,5 proc. wkładów), oszczędza w nich ok. 30 mln osób. Ogromną popularnością cieszą się również na Węgrzech. Oszczędza w nich co drugi mieszkaniec. Bodźcem są tam 40-proc. premie.

Do tej pory nie działało

W ciągu ostatnich pięciu lat państwo wyłożyło na programy wpierania budownictwa mieszkaniowego ponad 5,5 mld zł. Wiele z tych pieniędzy nie trafiło do najbardziej potrzebujących. Np. na wynajem mieszkań w Towarzystwach Budownictwa Społecznego (tutaj dopłacano do ich budowy ok. 15 proc.) stać dziś głównie bogatych, bo czynsze są tam niewiele niższe niż na wolnym rynku. Kontrowersje budzi również program „Rodzina na swoim”. Skorzystało z niego wprawdzie ok. 50 tys. rodzin, ale z informacji, które wpływają do resortu infrastruktury, wynika, że część beneficjentów nie powinna korzystać z dopłat, bo mają wysokie zarobki i stać ich na normalny kredyt.Rząd chce od przyszłego roku stopniowo wygaszać ten program. Jednak tylko w tym roku wyłoży na niego ok. 70 mln zł.